Złotnictwo było jego pierwszym wyborem, choć zawodową drogę rozpoczął jako zegarmistrz. Przez 28 lat pracował jako złotnik w firmie YES, współtworząc biżuterię i realizując projekty innych twórców. Dziś, choć zawodowy los ponownie zaprowadził go do zegarków, wciąż wraca do własnego warsztatu złotniczego. Jego pierścionek „Jak makiem zasiał” otrzymał Nagrodę „Polskiego Jubilera” w konkursie Prezentacje pod hasłem „Cisza”. To praca, która pokazuje, że dobry warsztat może być punktem wyjścia do bardzo osobistej wypowiedzi.

„Jak makiem zasiał” łączy precyzję warsztatu z bardzo subtelnym przekazem. Skąd wziął się ten pomysł?
Pomysł rodził się długo, ale ostatecznym impulsem była obserwacja dzieci bawiących się na szkolnym boisku. Co jakiś czas wychodziła nauczycielka i wołała: „Cisza!”. I nagle ten cały gwar ustawał. Zostawało oczekiwanie na kolejny wybuch hałasu. To spowodowało, że pomysł zaczął kiełkować, a „dojrzał”, kiedy mój wzrok padł na rosnące nieopodal maki. I już to miałem: „Cisza jak makiem zasiał”. Potem już myślałem tylko o wykonaniu. Wymieniając szkło w zegarku przyjaciela zwróciłem uwagę, że jest sferyczne, tzn. wypukłe na zewnątrz i wklęsłe od środka. Pomyślałem, że gdybym między dwa takie szkła włożył mak, miałbym coś w rodzaju grzechotki – zamkniętą w szkle ciszę. Taką senną, nierealną, a jednocześnie aż słyszalną.

I od tego momentu zaczęło się już myślenie stricte o formie?
Tak. Pomysłów było kilka: kolczyki, broszka, wisior. Ostatecznie zdecydowałem się na pierścionek. Najtrudniejsze było znalezienie sposobu na oprawienie szkła tak, żeby całość pozostała lekka. Była koncepcja ramki, była oprawa wielopunktowa, ale wszystko wydawało mi się zbyt ciężkie. W końcu zacząłem dochodzić do tego, co rzeczywiście chciałem osiągnąć. I wtedy znów pojawiło się coś, co jest dla mnie bardzo ważne w pracy: słuchanie materiału.
Co materiał może powiedzieć twórcy?
Ja chcę powiedzieć materiałowi, jaki ma być, ale on z kolei mówi mi, jaki sam chce być. To może zabrzmieć dziwnie, ale naprawdę tak to odbieram. Materiał ma swoje właściwości, swoją historię i czasem prowadzi człowieka w zupełnie inną stronę, niż początkowo plan zakładał. Zajmowałem się m.in. naprawami i renowacją biżuterii, więc często miałem w rękach biżuterię należącą do różnych osób. Obcując z nią, czasami miałem wręcz poczucie, że ona coś mówi. Dlatego wierzę, że biżuteria może być czymś więcej niż tylko dobrze wykonanym przedmiotem. Może mieć własną energię, może zwracać na siebie uwagę, może opowiadać historię. Taka jest moja filozofia.
Jesteś złotnikiem i zegarmistrzem. Kiedy pojawiła się potrzeba tworzenia biżuterii z komunikatem?
Chyba zawsze gdzieś we mnie była. Od dziecka ciągnęło mnie w stronę złotnictwa i plastyki. Chciałem nawet iść do szkoły plastycznej, ale życie potoczyło się inaczej. W 2018 roku syn, który także jest złotnikiem, namówił mnie do zrobienia pierwszej pracy na Legnicki Konkurs SREBRO. Spodobało mi się to konceptualne podejście do biżuterii i od tego czasu wysyłam prace do Legnicy co rok.
Przez lata przede wszystkim realizowałem czyjeś pomysły, tutaj mogłem wreszcie powiedzieć coś własnym językiem.
Przez 28 lat pracowałeś jako rzemieślnik realizujący projekty innych twórców.
Tak. Pracowałem w firmie YES przez 28 lat, współtworząc biżuterię wymagającą dobrej znajomości warsztatu złotniczego. To było bardzo satysfakcjonujące – wprawdzie nie byłem autorem projektu, ale miałem świadomość, że bez mojego wkładu dany projekt nie mógłby zostać zrealizowany w takiej formie. Po pandemii ta część działalności firmy została zamknięta, a ja nie wyobrażałem sobie, że mógłbym pracować jako złotnik w innej firmie. Poczułem się trochę jak żołnierz bez swojego dowódcy. Wróciłem do zegarmistrzostwa, czyli do zawodu, który kiedyś wybrałem – tym bardziej, że miałem z nim nieustannie kontakt w domowym warsztacie. Znalazłem zatrudnienie w firmie Apart.
Ta historia rzeczywiście zatoczyła koło.
Zdecydowanie. Jako młody człowiek bardzo chciałem zostać złotnikiem, lecz rodzice wybrali dla mnie zegarmistrzostwo. Zawód mi się spodobał, jednak po odbyciu służby wojskowej znalazłem pracę w złotnictwie – i tak zacząłem robić to, co zawsze chciałem. Kiedyś byłem zegarmistrzem wśród złotników, a dziś jestem złotnikiem wśród zegarmistrzów. Taka przewrotność losu.
Nie porzuciłeś jednak złotnictwa?
Nie. To niezmiennie ważna część mnie. Mam w domu warsztat i kiedy tylko mogę, siadam i robię biżuterię – dla siebie, dla żony, dla znajomych. I na konkursy, bo one pozostają dla mnie inspirującym wyzwaniem.
Twój syn Maciej też jest złotnikiem. Jesteś dla niego inspiracją, czy może on dla Ciebie?
Maciej jest przede wszystkim moją największą radością. Cieszę się, że otworzył własny zakład złotniczy i dobrze sobie radzi. Co ciekawe, jako dziecko wcale nie przejawiał zainteresowania tym zawodem. Daje mi to poczucie, że coś po mnie zostanie. Nie chodzi nawet o konkretne przedmioty. Bardziej o warsztat, doświadczenie, sposób patrzenia na ten zawód. To jest taka kontynuacja pokoleniowa, której się nie spodziewałem. Inspirujemy się nawzajem, wspieramy się też zawodowo. Przekazuję Maciejowi tajniki tzw. starego warsztatu, a w zamian otrzymuję wiedzę na temat nowości. Mogę powiedzieć, że syn zrealizował moje marzenia. Co najważniejsze – nie był do tego przymuszony, sam wybrał tę drogę i to mnie niesamowicie cieszy. I daje nadzieję, że zawód złotnika będzie trwał.