Reklama

Biżuteria autorska nie ma łatwo

Rozmowa z Mariuszem Pajączkowskim, artystą złotnikiem, właścicielem Galerii Otwartej w Sandomierzu. Wyrobem biżuterii zajął się jeszcze w czasie studiów w 1982 r. Od ponad 20 lat gromadzi dane i zdjęcia z wydarzeń związanych ze współczesną sztuką złotniczą, jest kuratorem wielu wystaw biżuterii i fotografii.

pj-2010-03v-03

Polska branża jubilerska z całą pewnością jest tym z segmentów rynku, które najdotkliwiej odczuły skutki pandemii. Polscy artyści muszą stawić czoło nowym problemom i podjąć walkę o zachowanie pozycji na rynku. Jak w „nowej normalności” powinna zachować się polska branża złotnicza?

To pytanie dotyczy działań o bardzo różnej skali. Branża to hurtownie, sieci sklepów, ale też małe pracownie, w tym pracownie artystów. Nie ma uniwersalnej drogi. O „dużych” niewiele mogę powiedzieć. Na pewno bywa różnie. A małe pracownie, jeżeli są mądrze prowadzone, na razie w większości sobie radzą. Tak wynika z moich rozmów ze znajomymi. Część artystów stworzyła nowe kolekcje, inni ograniczyli wydatki. Ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą, skupili się na pozyskiwaniu środków z „tarcz” różnego rodzaju. To kilka-kilkanaście tysięcy złotych. Ci, którzy zatrudniali pracowników, mogli skorzystać również z dofinansowania PFR, a to już kilkadziesiąt tysięcy złotych lub więcej, w zależności od liczby zatrudnionych. Tak np. przy trzech pełnoetatowych pracownikach to 108 tys. zł. Kwota ta, dzielona na 12 miesięcy, pomoże w bieżących działaniach. Są też inne fundusze. Niestety, ta pomoc nie dotyczy wszystkich. Znam osoby, którym jest naprawdę ciężko. Nie sposób dziś odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, nie ma jak wszystkim dobrze poradzić.

Jak ocenia pan skutki pandemii na rynku biżuterii autorskiej w Polsce?

Cóż, nie jest łatwo. Można w skrócie uznać, że przynajmniej trzy miesiące tego roku to prawie zerowa sprzedaż. Jak będzie dalej? Czas pokaże. Jest źle, nie będzie dobrze. Nie odbyły się wiosenne targi w Gdańsku, spadły obroty na targach w Krakowie. Kolejne imprezy targowe przed nami, ale niosą chyba więcej niepokoju niż nadziei na poprawę sytuacji.

Jak pan, artysta, właściciel galerii, pracodawca, a przede wszystkim złotnik, ocenia działania rządu mające pomóc polskim przedsiębiorcom w walce ze skutkami pandemii?

Na to pytanie mogę odpowiedzieć tylko częściowo. Galeria Otwarta skorzystała ze zwolnień i dofinansowań. Dzięki temu przetrwaliśmy najtrudniejsze miesiące. Czas wakacji przyniósł nadspodziewany ruch w galerii i wyraźny wzrost sprzedaży. Biżuteria autorska ma naprawdę dużą grupę miłośników. Jednak ostatni czas wiążemy ze specyficzną sytuacją, związaną z faktem, że wielu rodaków wybrało wypoczynek w kraju. Jesień nie będzie już tak przyjazna. A odpowiadając wprost na zadane pytanie: bez wspomnianych zwolnień, w tym z ZUS, obniżki czynszu itd., byłoby źle. Czyli z naszego punktu widzenia działania osłonowe pomogły. A czy był potrzebny niemal dwumiesięczny lockdown? Tego nie skomentuję, bo musiałbym pisać o zakazach dla rowerzystów, leśnych turystów itd. i mielibyśmy zaraz dyskusję „polityczną”.

Polscy artyści złotnicy zawsze niezwykle kreatywnie radzili sobie z problemami, jakie napotykali na swojej drodze, znajdowali rozwiązania, które pozwalały na rozwój sztuki. Czy i obecnie możemy liczyć na głos polskich artystów złotników, którzy zaskoczą nas innowacyjnymi rozwiązaniami?

Hmm… Głos polskich artystów złotników jest coraz słabiej słyszalny. Oczywiście jest grupa, której nie trzeba mobilizować, aby usłyszeć ich zdanie. Przykładem niech będzie lista uczestników projektu „Moim zdaniem. Wystawa biżuterii z komunikatem”. Z tym, że coraz wyraźniej słychać echo pustej sali po ich wypowiedziach. I jest to głos kreatywnych twórców, nie innowatorów. Od kilku lat widzimy, że gasną inicjatywy, które często mają długą historię. Doświadczają tego organizatorzy spotkań w Legnicy, Poznaniu, również u nas, w Sandomierzu. Zamiera działalność STFZ, nowe pomysły gasną po krótkim czasie, liczba wystaw maleje, goście wernisaży mają wokół siebie coraz więcej pustej przestrzeni, pozostaje wino w kieliszkach…

Czy polska sztuka złotnicza, według pana, będzie dziś dostępna już przede wszystkim w sieci? Czy wystawy, nowe kolekcje biżuterii będziemy podziwiać głównie w świecie wirtualnym?

Cóż, mam problem z tym pytaniem. Bo czy dziś mamy w polskim internecie wiele miejsc, w których możemy zobaczyć sztukę złotniczą? Znane są inicjatywy, dzięki którym ma to się zmienić? Możemy zobaczyć cenne kolekcje, zbiory lub nowości, które na miano sztuki złotniczej zasługują? Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba czasami naprawdę poszukać. Co innego biżuteria pokazywana w sklepach internetowych, ale czy tego dotyczy pytanie? Lata temu Janek Suchodolski stworzył bardzo ciekawy projekt, sklep internetowy – www.925.pl. Poza celem komercyjnym była to bardzo interesująca kolekcja reżyserowana przez Janka. Ale – była. Dziś jest kilka zwracających uwagę „galerii internetowych”, ale realizacje bardzo dobrych projektantów są w nich przemieszane z pracami, delikatnie mówiąc, wtórnymi. Zatem odpowiadając: może tak, ale chyba nieprędko.

Coraz więcej właścicieli salonów jubilerskich i galerii z biżuterią autorską podejmuje decyzję o zamknięciu działalności. Czy według pana biżuteria autorska, powoli znikająca z ulic polskich miast, będzie miała szansę na reaktywację?

Szansę – tak. Możliwości – dużo mniejsze. Dlaczego? Bo taka reaktywacja wymaga czasu i konsekwencji. Od ponad 10 lat prowadzę Galerię Otwartą i widzę, jak wiele pracy wymaga stworzenie miejsca, do którego goście będą wracali i które będą sobie wzajemnie polecali. Galeria biżuterii autorskiej to nie jest standardowe miejsce sprzedaży. Tu reklama szeptana jest najskuteczniejsza. Galeria biżuterii autorskiej to nie jest biznes. To przede wszystkim miejsce, które ma godnie reprezentować autorów, prowadzone przez pasjonatów mających sporą wiedzę. I tylko takie miejsca, przy autentycznym zaangażowaniu gospodarzy, mają sens. Dziś, mimo znacznego ograniczenia przestrzeni ekspozycyjnej, udaje się (w normalnych warunkach) prowadzić działania z sukcesem i bezpieczeństwem finansowym. Dlatego uważam, że tylko stworzenie wielu galerii oraz licznych wydzielonych stoisk w sklepach jubilerskich daje szansę na wspomnianą reaktywację. W Sandomierzu nie jesteśmy wyjątkowi, skoro nam się udaje, uda się z pewnością wielu innym i w innych miastach.

Przed nami targi Amberif, które mimo przeszkód oraz obostrzeń sanitarnych odbędą się Gdańsku od 26 do 29 sierpnia. Czego spodziewa się pan po tym wydarzeniu?

Targi Amberif to przede wszystkim wielkie i międzynarodowe targi bursztynu. Projektanci mają tu swoje miejsce, ale trudno osobie, która nie pracuje z bursztynem, czegoś się spodziewać. Trzymam kciuki za sukces finansowy złotniczej braci. To dla wielu bardzo ważne dni.

Jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość?

Mnóstwo. Po pierwsze muszę zadbać, aby chwilowo niesprawna prawa ręka jak najszybciej znowu była przydatna w pracowni. Przed nami kolejne wystawy projektu „Moim zdaniem. Wystawa biżuterii z komunikatem”. Z Konina prace jadą do Zielonej Góry (to już siedemnasty pokaz), potem na szlaku kolejne muzea. Czeka nas wielka praca przy katalogu podsumowującym projekt i choć do jego wydania pozostał jeszcze rok, już nastał czas na prace redakcyjne. No i… powoli rodzi się kolejny pomysł. Kilka informacji przemyciłem odpowiadając na poprzednie pytania, ale jeszcze nie czas na szczegóły.

Dziękuję za rozmowę 

Rozmawiała Marta Andrzejczak