Epidemia koronawirusa odciska swoje piętno w każdej dziedzinie życia społecznego. Problemy mogą pojawić się również w branży dewocjonaliów. Dynamicznie zmieniająca się sytuacja związana z rozwojem zakażenia, może spowodować odwołanie w całej Polsce komunii świętych, ślubów i chrzcin.

Spadek sprzedaży, przestoje na liniach produkcyjnych z całą pewnością odcisną swoje piętno na rynku biżuterii religijnej. Należy jednak zauważyć, że branża ta boryka się z problemami, które nie zaczęły się wraz z pojawianiem się epidemii i nie znikną po jej ustaniu.
Biżuteria religijna niezależna od kościoła
– Dewocjonalia sprzedawane będą zawsze. Rynek potrzebował ich w średniowieczu i będzie potrzebował ich teraz. Jednak z całą pewnością obecna sytuacja związana z koronawirusem odbije się na sprzedaży biżuterii religijnej – mówi Jerzy Stefanek, prezes firmy jubilerskiej Stefanek. Wielka niewiadoma związana z epidemią może spowodować, że w kościołach na terenie całej Polski odwołane zostaną uroczystości Pierwszej Komunii Świętej, a to z kolei przełoży się na spadek sprzedaży medalików i krzyżyków w salonach jubilerskich. Klienci dokonują bowiem zakupów dewocjonaliów głównie z okazji uroczystości religijnych. Ale nie tylko. – Z całą pewnością odwołanie komunii miałoby duży wpływ na sprzedaż dewocjonaliów w Polsce, trzeba jednak pamiętać, że rynek ten rozwija się także niezależnie od kościoła – zauważa Jerzy Stefanek. – Przedmioty kultu religijnego zmieniają swoje przeznaczenie i stają się modnymi ozdobami. Widzimy to w przypadku różańców, które kupowane są przez celebrytów i noszone jako naszyjniki, czy Cudownego Medalika, który stał się obecnie modną zawieszką – dodaje. Biżuteria religijna jeszcze do niedawna traktowana jako symbol wiary, dziś staje się amuletem lub po prostu modnym dodatkiem, który wykorzystywany jest zgoła inaczej niż dotychczas. Krzyżyki zawieszane są na obręczach kolczyków, a medaliki stają się elementami bransoletek.
Spadek sprzedaży a zapewnienia państwowe
Specjaliści z branży dewocjonaliów zauważają, że problem dotykający ten sektor, jest ukryty głębiej, niż widać to obecnie w zachowaniu konsumentów związanym z epidemią koronawirusa. – Za problemy na polskim rynku jubilerskim odpowiada prawodawstwo polskie – uważa Jerzy Stefanek. – Polski producent biżuterii nie jest chroniony przed konkurencją, choćby z Włoch czy Turcji, oferującą dewocjonalia gorszej niż polska jakości, ale po bardzo niskich cenach – precyzuje. To masowy import do naszego kraju sprawia, że branża stanęła wobec kłopotów ze sprzedażą swoich wyrobów. – Produkty polskie obłożone są takim samym 23-proc. podatkiem VAT jak te, które docierają do naszych sklepów z zagranicy, a to nie służy rodzimym producentom – tłumaczy Jerzy Stefanek. – Polski rząd powinien dbać o pracodawców i zapewnić im możliwość rozwoju swoich przedsiębiorstw, a nie nakładać na nich kolejne obowiązki w postaci zwiększenia kosztów pracy. Polski producent staje się bezradny wobec zagranicznej konkurencji, która nie musi ponosić takich kosztów – dodaje.
Zmiany na rynku
Należy także zauważyć, że w ciągu ostatnich kilku lat zmieniły się preferencje klientów salonów jubilerskich. – Biżuteria stała się zaprzeczeniem samej siebie. Kiedyś musiała być trwała i wartościowa, dziś wystarczy klientowi jej namiastka – zauważa Jerzy Stefanek. – Spada waga wyrobów jubilerskich kupowanych przez Polaków, a ich ilość nie rośnie. Przedmiot ma ważyć pół grama, co przekłada się na degradację produktu – dodaje. Klienci, dokonując zakupu w salonie jubilerskim, kierują się przede wszystkim ceną produktu. W przypadku dewocjonaliów ta rzadko przekracza 800 zł. Dla Polaków przestała liczyć się jakość oferowanego wyrobu, nie przywiązują również uwagi do wzornictwa. To w oczywisty sposób prowadzi do deprecjacji rynku. – Producenci zmuszeni są przez rynek do multiplikacji najtańszych produktów, gdyż tego oczekują od nich klienci, a to przekłada się na obraz całej branży dewocjonaliów – zwraca uwagę Jerzy Stefanek. – Oczywiście pojawiają się także klienci wymagający, którzy decydują się na zakup drogiego produktu, ale ich udział w rynku jest znikomy – ocenia. Marta Andrzejczak